Trekking pod Manaslu

Wędrówka w najwyższych górach świata to marzenie praktycznie wszystkich miłośników łażenia po Tatrach i Beskidach. Nam udało się je spełnić dzięki wiosennemu trekkingowi wokół Manaslu. Wyprawę zorganizowaliśmy sami, bez pośrednictwa agencji, a w tym tekście dzielimy się z Wami naszymi obserwacjami i wskazówkami. Gotowi na kawał tekstu na najwyższym poziomie? Zatem łapcie i planujcie trekking wokół Manaslu.

A może tak rzucić wszystko i wyjechać na trekking w Himalajach?

Wyjazd w Himalaje. Marzenie wielu miłośników gór, zarówno tych, których interesują trekkingi na dużych wysokościach, jak i osób pragnących wejść na któryś ze słynnych wierzchołków w najwyższym paśmie górskim globu. Tym razem chcemy Wam opowiedzieć o tym pierwszym przypadku. To zresztą historia, która sama zrodziła się z przypadku. Historia, której doświadczyliśmy wspólnie i dlatego też chcieliśmy ją opowiedzieć w duecie.

Przełom 2021 i 2022 roku. Jak zwykle o tej porze roku zastanawiam się nad górskimi planami na nadchodzące 12 miesięcy. Od kilku lat po głowie chodziły mi Himalaje. Zacząłem zadawać sobie coraz więcej pytań: jakiś klasyczny trekking czy góra?  Annapurna Base Camp? Everest Base Camp? Upper Mustang? A może porwać się na Island Peak, Mera Peak lub Kang Yatze? Kolejne pytanie: agencja (która zwalnia z masy obowiązków, gdyż załatwia wszystko za nas) czy próbować na własną rękę (co pozwala doświadczyć bardziej i daje większą wolność)?
I tu pojawia się Katia i jej ogłoszenie na jednej z górskich grup. Katia, która planuje wypad na Island Peak i Lobuche i/lub Manaslu Circuit. Bingo! Nie zastanawiając się dłużej, postanowiłem napisać… i tak się zaczęło.

Do Nepalu przyjechałam w grudniu 2021, wiedząc tylko, że chcę w  Himalaje. Gdzie? To nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Przed wyjazdem czytałam, że Manaslu Circiut jest podobno całkiem ciekawym trekkingiem, mniej uczęszczanym, a to w górach lubię najbardziej. Po przyjeździe szybko się zorientowałam, że po pierwsze połowa grudnia to nie jest najlepszy czas na trekking w okolicach Manaslu, a po drugie, że potrzebny mi jest  przewodnik oraz drugi członek ekipy, gdyż inaczej nie można wyrobić pozwolenia. Odpuściłam pomysł i udałam się pod Everest, robiąc przy okazji 3 przełęczy, EBC i Kala Pattar. Sumarycznie spędziłam prawie miesiąc w Himalajach, ale kto tam był, ten wie, że jest to zdecydowanie za mało. Pomysł Manaslu wrócił. Nikt ze znajomych nie chciał/nie mógł dołączyć do mnie w marcu, więc stwierdziłam, że przyszła pora wykorzystać potęgę mediów społecznościowych. Na jednej z grup podróżniczych na FB zamieściłam post, że szukam towarzysza na trekking lub ewentualnie wejście na jakiś szczyt. Odezwało się kilka osób, wśród nich Adam. Ze wszystkich wydawał się najbardziej ogarnięty, jeżeli chodzi o góry i zadawał konkretne pytania. Ostatecznie na lotnisku w Katmandu za 2 miesiące odbierałam tylko Adama.

trekking manaslu
Fot. z archiwum Katii i Adama.

Przygotowanie fizyczne: kondycja potrzebna na trekkingu wokół Manaslu 

Osobiście uważam, że każda zdrowa osoba bez żadnego specjalnego przygotowania poradzi sobie w Himalajach na trekingu. Jeżeli chcemy jednak żeby sprawiało nam to przyjemność i nie zajmowało jakoś specjalnie dużo czasu, to warto zadbać o formę jakiś miesiąc, dwa przed wylotem do Azji. Co polecamy? Oczywiście bieganie: 2-3 przebieżki w tygodniu trwające 30-40 min. Jaki macie do dyspozycji jakieś wzniesienia, wiadukty, schody korzystajcie z ich usług podczas treningów. Jeżeli uczęszczacie na siłownię, dobrze jest zwiększyć ilość ćwiczeń na pośladki: hip trusty, martwy ciąg, przysiady. Nad tymi partiami możecie też pracować w domu z gumami oporowymi: monster, crab walk, przysiady, odwodzenie nóg. W internecie znajdziecie mnóstwo ćwiczeń. Warto też wzmocnić core- wszystkiego rodzaju planki, boczne deski, półprzysiady itd. Im w lepszej formie fizycznej jesteście, tym więcej przyjemności sprawi wam trekking pod Manaslu. 

Niezależnie od waszego przygotowania fizycznego, zawsze istnieje ryzyko wystąpienia choroby wysokościowej. Wtedy olimpijska kondycja na nic się zda. Możecie być świetnie wytrenowani i męczyć się na wysokości ponad 4 tys. metrów.

Warunki klimatyczne. O jakiej porze jechać na trekking pod Manaslu?

W Nepalu są 2 najlepsze sezony na trekking: wiosna i jesień.

Wiosna: marzec, kwiecień, maj

Ciepło, słonecznie, choć niebo bywa często zachmurzone, a widoczność jest mała. Wiosną zaczyna topnieć lód, pojawia się pierwsza zieleń i zaczynają kwitnąć przepiękne rododendrony, które możecie podziwiać podczas trekkingu. Temperatura waha się pomiędzy 20-30 stopni w ciągu dnia, a w nocy ok. 10-15 stopni.

Jesień: wrzesień, październik, listopad

Jesień jest wysokim sezonem turystycznym w Nepalu i jednym z najlepszych, ale zarazem najbardziej zatłoczonym czasem na trekking wokół Manaslu

Pora monsunowa się kończy, temperatury stają się przyjemniejsze. Do połowy września można się spodziewać wysokich opadów, więc trekking w tym przypadku lepiej zaplanować na drugą połowę września. W październiku i listopadzie są tu świetne warunki pogodowe, ale też sporo turystów.

Zdecydowanie odradzamy miesiące letnie, kiedy w Nepalu jest pora monsunowa, mocno pada, wilgotność jest bardzo wysoka, a drogi są często nieprzejezdne. Zimą też nie uda się zrobić trekkingu wokół Manaslu, gdyż jest bardzo zimno, dużo śniegu i lodge w większości miejscowościach są po prostu zamknięte. Grudzień zaś jest świetnym miesiącem na trekking w okolicach Everestu, choć trzeba się liczyć z niższymi temperaturami. 

My zrobiliśmy trekking na początku kwietnia. Pogoda była super. Prawie codziennie było słonecznie, choć widoczność dosyć słaba. Przez pierwsze kilka dni było stosunkowo gorąco. Im wyżej, tym temperatura robiła się niższa, a trekking przyjemniejszy. Mieliśmy sporo szczęścia co do aury: odrobinę padało tylko jednego dnia, kiedy schodziliśmy już z przełęczy. Powyżej 3 tys. metrów było już zdecydowanie zimniej, choć temperatura w nocy nigdy nie spadała poniżej 5 stopni. Choć tutaj akurat nie jesteśmy pewni, bo w ostatniej wiosce przed przełęczą było nam tak zimno, że spaliśmy w kurtkach puchowych, czapkach i kilku warstwach ubrań. Nie licząc dwóch warstw kocy.

Z perspektywy czasu twierdzimy, że kwiecień był bardzo dobrym wyborem na trekking wokół Manaslu. Przyjemne temperatury, słońce, brak tłumów na szlaku, to wszystko pozwoliło nam w 100 % cieszyć się niebagatelnymi okolicznościami najwyższych gór na globie.

Trekking wokół Manaslu. Jaki sprzęt górski będzie potrzebny?

W kwestii niezbędnego szpeju górskiego mamy dla Was zdecydowanie dobrą wiadomość. W sezonie wiosennym i jesiennym nie trzeba bowiem brać ze sobą żadnego typowo górskiego sprzętu, gdyż droga nie sprawia większych trudności technicznych. Wszelkie raki, czekany, liny itd. możecie śmiało zostawić w domu, dzięki czemu znacząco odciążycie swoje plecaki, a wasze plecy będą Wam za to bardzo wdzięczne. Warto jedynie pomyśleć o kijkach trekingowych. Nie jest to niezbędne akcesorium, natomiast mogą one mocno odciążyć kolana, co przy trasie liczącej około 170 kilometrów może już być odczuwalne i przynieść znaczącą ulgę.

Trekking w Himalajach. Jak dotrzeć do Nepalu?

Z Polski niestety nie ma bezpośrednich lotów do Nepalu. Co gorsza, jest to droga przyjemność, chyba że traficie na super promocję. Do Nepalu możecie dolecieć Qatar Airways, FlyDubai Emirates czy nawet Turkish Airways. Bilety warto zacząć szukać z wyprzedzeniem. My zazwyczaj korzystamy ze Skyscanner, gdzie można wybrać opcję cały miesiąc i w ten sposób znaleźć najtańsze bilety. To przydatna funkcja, pod warunkiem że nie zależy nam na konkretnych datach. 

Średni czas lotu to Katmandu to 15-16 godzin. Oczywiście zależy to od przewoźnika i długości waszej przesiadki. Polecamy sprawdzić także opcje wylotów od naszych sąsiadów — z Pragi czy Berlina, czasami można znaleźć połączenia w bardzo korzystnych cenach. 

Pozwolenia/permity/guide/biurokracja — trekking wokół Manaslu bez tego się nie obejdzie

Przejście wokół Manaslu jest jednym z nielicznych w Nepalu, gdzie obowiązkowym jest posiadanie przewodnika. Co więcej, nie możecie zrobić tego trekkingu w pojedynkę, grupa powinna być przynajmniej dwuosobowa. Z doświadczenia wiemy, że akurat ten przepis sprytni nepalscy przewodnicy potrafią obejść, aczkolwiek wiąże się to z podwójnymi kosztami pozwolenia oraz usługi przewodnika. Zdecydowanie taniej wyjdzie udać się na trekking w grupie składającej się z 2 lub 3 osób.

Potrzebne więc będą następujące pozwolenia.

1. Restricted Area Permit for Manaslu

Region Manaslu, pomiędzy Jagat a Dharapani, został wyznaczony przez rząd Nepalu jako obszar o ograniczonym dostępie ze względu na sąsiedztwo granicy z Tybetem. Dlatego jest wymagane specjalne pozwolenie — Restricted Area Permit.

Tylko zarejestrowana przez rząd, licencjonowana lokalna agencja trekkingowa może złożyć wniosek i odebrać to pozwolenie w waszym imieniu. Koszt tego zezwolenia zależy od liczby dni. W sezonie jesiennym (od września do listopada) koszt pozwolenia wynosi 100 USD za pierwszy tydzień, a następnie 15 USD za każdy kolejny dzień. 

W sezonie wiosennym (od marca do maja) zapłacimy 75 USD za pierwszy tydzień, a następnie 10 USD za każdy kolejny dzień.

2. Manaslu Conservation Area Project

Koszt – NR 3000 za osobę (ok. $30, niezależnie od długości pobytu.

3. Annapurna Conservation Area Project

Koszt — NR 3000 za osobę (ok $30)

Potrzebne dokumenty:

– zdjęcia w rozmiarze paszportowym (do zezwoleń MCAP i ACAP) – jedno zdjęcie nie wystarczy, a przeklejanie swojej fotki między permitami nie jest najbardziej komfortowym zajęciem świata,

– kserokopia ważnego paszportu,

– wiza turystyczna do Nepalu.

Nasz przewodnik załatwił dla nas wszystkie pozwolenia, trwało to ok. 2 godzin. Formalnościami zajęliśmy się tuż po przylocie Adama do Katmandu, można je też ogarnąć w Pokhara. Żadnego z pozwoleń nie można wyrobić na szlaku (albo wiąże się to z podwójną opłatą), dlatego przed wyjściem w góry trzeba przeznaczyć pół dnia lub nawet dzień na załatwianie papierów. Legendarne karty TIMS (Trekkers’ Information Management Systems) już od dłuższego czasu nikt nie sprawdza na szlakach, możecie więc darować wyrobienie tej karty i zaoszczędzić NRS 2000 (ok. $15).

Trekking w Himalajach cena: ile kosztuje trekking wokół Manaslu?

Ile zatem należy łącznie odłożyć, aby wybrać się na taki trekking w Himalajach?
– koszt pozwoleń: 135 USD.
– bilety lotnicze to przedział 2 000 – 4 000 zł
– zakwaterowanie w Katmandu w niezłym hostelu w pokoju 2-osobowym – 40-60 zł/dzień, 
– zakwaterowanie na trasie w guest house’ach: w przeliczeniu 20-40 zł
– cena jedzenia na trasie: generalnie im wyżej i dalej od Katmandu, tym drożej, można jednak przyjąć, że koszt obiadu to od 15 do 40 zł na osobę, a śniadania około 20 zł
– wiza nepalska 30-dniowa: 50 USD
– koszt przewodnika: 25 USD/dzień (na osobę 12,5 USD/dzień)
Łączny koszt z przelotami szacujemy więc na przynajmniej  5500 – 6000 zł (w zależności od tego, jak rozrzutni jesteście i jak tanio uda Wam się kupić bilety lotnicze). Bez problemu powinniście się natomiast zmieścić w kwocie około 7500 zł.
Cenę podnieść mogą szczepienia. Nie ma co prawda obowiązku szczepień na choroby tropikalne przed wyjazdem do Nepalu, jednak warto to zrobić, a pełny pakiet szczepień może kosztować nawet ponad 1000 zł.

Trekking Manaslu — co spakować ze sobą (i czego nie brać)?

Częściowo tę kwestię omówiliśmy już kilka akapitów wyżej, pisząc o sprzęcie stricte górskim, tu jednak rozszerzymy ją także o inny potrzebny (lub nie) ekwipunek, który powinien pomóc Wam przetrwać trekking.
Zawsze warto mieć ze sobą jakąś małą, górską apteczkę na nieprzewidziane sytuacje. Można je bez problemu kupić w każdym sklepie górskim. Biorąc pod uwagę wysokość i mogące się z nią wiązać problemy, dobrym pomysłem jest także zabranie ze sobą leków na chorobę wysokościową. Są one dostępne jedynie na receptę, lecz wystarczy odwiedzić lekarza medycyny tropikalnej/podróży, aby otrzymać odpowiednią receptę.

WAŻNE: leki takie należy brać bardzo rozważnie, ponieważ powodują one odwodnienie organizmu, jeśli zatem proces aklimatyzacji przebiega poprawnie, to zdecydowanie odradzamy branie ich profilaktycznie. Gdy wystąpią objawy choroby wysokościowej, wraz z przyjęciem leku należy od razu udać się w dół i przeznaczyć co najmniej jeden dzień na odpoczynek i dodatkową aklimatyzację kilkaset metrów niżej.
Niezbędny jest także dobry termos, do tego polecamy także butelki z filtrem chemicznym, które oczyszczają wodę i ograniczają ryzyko problemów żołądkowych. Zamiast butelek ze specjalnymi filtrami (lub po prostu dodatkowo) można także zaopatrzyć się w tabletki do oczyszczania wody. Tylko nie kupujcie tabletek w Polsce, w Nepalu są o wiele tańsze, w każdym sklepie w Thamel bez problemu można je kupić. My na trasie korzystaliśmy z obu tych rozwiązań.
Tak jak na każdy wielodniowy wyjazd w teren górski warto ze sobą także zawsze zabrać dobrą czołówkę, powerbank, scyzoryk, okulary przeciwsłoneczne, odkażający żel do rąk, folię NRC, a także chusteczki nawilżane, które będą na części trasy stanowiły ekwiwalent prysznica. Dodatkowo postanowiliśmy wziąć ze sobą kuchenkę turystyczną, do której już w Katmandu dokupiliśmy kartusz gazu.
Jednak bez obaw! Podczas całego trekkingu nie musicie gotować jedzenia, bowiem praktycznie w każdej mijanej wiosce można znaleźć guest house’y serwujące lokalne potrawy (potwornie tłuste swoją drogą). Menu w zasadzie wszędzie wyglądać będzie bardzo podobnie, jednak możecie być pewni, że dostarczy Wam wszelkich niezbędnych składników, aby nabrać sił na drogę. W każdym miejscu jest dość spory wybór dań wegetariańskich i wegańskich.
A po co w takim razie była nam kuchenka skoro stosowaliśmy się w guest housach? Ano jako fani kawy spakowaliśmy ze sobą także aeropress, odwiedziliśmy w Katmandu kawiarnię z lokalnie paloną kawą speciality i zabraliśmy na drogę. Dzięki temu mogliśmy napić się własnoręcznie parzonej kawy nawet na wysokości przekraczającej 4000 metrów.
O ile jedzenia na trasie gotować nie trzeba, to zapas jedzenia należy ze sobą mieć. Batoniki, ciasteczka, suszone owoce, czekolada, suszona wołowina, orzechy — to wszystko uratuje was wtedy, gdy nie będziecie już mieli sił na kolejne podejście. Katia zazwyczaj robiła sobie owsiankę na drogę z dodatkiem masła orzechowego (pycha). A najlepszy smakołyk na wysokości 4 tys. metrów to przywiezione przez Adama roślinne kabanosy. 

Ubrania. Niby oczywisty temat, ale warto w tym miejscu przypomnieć, co może wam się przydać podczas kilkudniowego trekkingu. W plecaku muszą znaleźć się:

  • koszulki, najlepiej techniczne, oddychające, szybkoschnące
  • bielizna
  • spodenki i spodnie długie
  • bielizna termiczna/merino
  • polar
  • kurtka puchowa
  • kurtka typu Goretex
  • rękawiczki
  • łapawice (szczególnie dla osób, którym zawsze marzną ręce)
  • czapka z daszkiem/czapka ciepła
  • Buff
  • skarpety wysokie
  • buty trekkingowe

Na początku trekkingu będzie możliwość przeprać oraz wysuszyć rzeczy po całym dniu wędrówki, później będzie już wystarczająco zimno i nie będziecie mieć takiej potrzeby.

Dziewczyny mogą zastanawiać się, co zrobić z kosmetykami. Polecam jak najbardziej zminimalizować użycie make-upu i zabrać ze sobą absolutny minimum: dezodorant, żel do mycia twarzy, krem do twarzy, jakiś krem ochronny przed wiatrem/niskimi temperaturami, koniecznie krem z filtrem (minimum 50 SPF, im więcej tym lepiej), szczoteczka/pasta do zębów, żel pod prysznic i szampon. Te ostatnie w niewielkich ilościach, gdyż i tak nie będzie możliwości częstego prysznica, a szkoda nosić ze sobą dodatkowe gramy. 

Kilka protipów na temat życia i funkcjonowania w Nepalu

Nepal, choć jest niewielkim krajem, jest domem dla wielu grup etnicznych, z których każda ma swoje obyczaje i tradycje. W Katmandu, jak w każdej stolicy, istnieje większa tolerancja dla różnych kultur i zwyczajów. 

Nepal jest bezpiecznym krajem. Bardzo bezpiecznym. Nepalczycy są przyjaźni, w miarę dobrze mówiące po angielsku, szczególnie ci, którzy są zaangażowani w turystykę. 

Czasami bywają jednak nachalni. Idąc uliczkami Katmandu, cały czas ktoś będzie Was zaczepiał, proponując swój towar (także ten niezbyt legalny i psychoaktywny) czy usługę. Na początku wydaje się to miłe, każdy chce z nami porozmawiać, pyta, skąd jesteśmy. Ale po entym “Namaste” usłyszanym w ciągu dnia zaczyna się pojawiać irytacja i chęć ciszy. Po kilku dniach będziecie mistrzami ZEN. Moja metoda: poker face i niezwracanie uwagi na każde usłyszane “Namaste, where are you from?”. Wydaje się to na początku niezręczne, ktoś jest dla nas miły, a my odpowiadamy obojętnością, ale kilka miesięcy spędzonych w Nepalu pokazują, że jest to najbardziej skuteczny sposób. 

Warto się targować. Niestety w Nepalu często będziecie mieli uczucie, że jesteście traktowani jako chodzący dolar. Ceny dla obcokrajowców przyjeżdżających na trekking w Himalajach są często wyższe. Oczywiście, można nie zwracać na to uwagi, bo i tak jest taniej niż w Polsce, ale mnie to osobiście irytuje. I nie chodzi o pieniądze, tylko o sposób traktowania. Z chęcią dam zarobić miejscowym, ale według mnie powinno być to uczciwe. 

Jeżeli zamierzacie często się przemieszczać taksówkami, warto zainstalować aplikacje Pathao. Za jej pomocą z łatwością można zamówić transport, zarówno motor, jak i samochód, a przy okazji zaoszczędzić. 

Jedzenie w Himalajach — szczyty smaku

W Nepalu sprawdza się prosta zasada — im więcej lokalsów, tym lepsze jedzenie. Ani razu ta zasada nas nie zawiodła. Wiadomo podczas trekkingu jesteście “skazani” na jedzenie w lodgach, w których się zatrzymujecie. Natomiast w Katmandu czy Pokharze wybór jest bardzo szeroki. Standardy higieniczne nieco się różnią od tych europejskich, ale przy odrobinie ostrożności nie powinniście mieć problemów. Koniecznie do spróbowania: masala chai, momo, dal bhat, lassi, aloo parhata i samosa. Mogłabym jeść w nieskończoność!
Poza wymienionymi przez Katię specjałami dodam jeszcze zwykłe podsmażane warzywa, przyprawione w wersji lokalnej i z ostrym zielonym sosem chilli. Jeśli z kolei ktoś jest fanem pancake’ów i ogólnie tłustego jedzenia, to pewnie przypadnie mu do gustu tibetan bread (taki twór gdzieś w połowie drogi pomiędzy naleśnikiem a pączkiem). Dużym i niemiłym zaskoczeniem dla nas było z kolei to, że praktycznie nigdzie podczas treku nie mogliśmy spróbować herbaty z mlekiem yaka. W teorii zdarzały się one w menu w lodge’ach, ale gdy dopytaliśmy o szczegóły, okazało się, że to herbata w proszku, ponieważ zwierzęta te dają wielokrotnie mniej mleka niż krowy, zatem pozyskuje się go bardzo mało.

Trekking wokół Manaslu
Fot. z archiwum Katii i Adama.

Plan trasy + mapa + sugerowana liczba dni

Plan trasy ustalaliśmy razem z Adamem przy pomocy Google. Oczywiście wasz przewodnik zasugeruje swój plan, lecz radzimy zapoznać się wcześniej z trasą, żeby na bieżąco można było wnosić korekty. Zazwyczaj zakłada się, że na trekking wokół Manaslu będziecie potrzebować ok.12-13 dni plus dojazd. Po przeanalizowaniu kilku blogów podróżniczych oraz planów trekkingowych różnych agencji przygotowaliśmy następujący plan w podziale na dni (liczby oznaczają kolejne dni wyprawy):

  1. Kathmandu — Soti Khola (dojazd autobusem, ok. 8 h)
  2. Soti Khola — Macha Khola
  3. Macha Khola — Jagat
  4. Jagat — Deng
  5. Deng — Namrung
  6. Namrung — Iho
  7. Iho — Sama Gau
  8. Aklimatyzacja
  9. Sama Gau — Samdo
  10. Samdo — Dharamsala
  11. Dharamsala — Bhimtang (przez przełęcz Larkey)
  12. Bhimtang — Dharapani
  13. Dharapani — Besisahar — Kathmandu (dojazd jeepem+autobus)

Jest to tylko oczywiście sugerowana trasa. Nasz przewodnik zaproponował kilka dodatkowych dni na aklimatyzację oraz odpoczynek, ale znając nasze przygotowanie fizyczne, byliśmy pewni, że nasz plan jest realny do wykonania. Warto pamiętać, że w górach możecie się czuć różnie, więc zapas kilku dodatkowych dni jest wskazany. 

Nasze doświadczenie pokazuje, że plan jest ogólnie po to, żeby go ciągle zmieniać. Zazwyczaj udawało się nam przejść więcej niż zakładaliśmy i docieraliśmy do następnych wiosek niewymienionych w planie. Dobrze mieć mapę regionu Manaslu, a właściwie to wasz przewodnik powinien ją posiadać (nasz niestety nie miał). 

Fot. z archiwum Katii i Adama.

Trekking wokół Manaslu. Opis poszczególnych odcinków trasy + protipy

Podróż zaczynamy rano z dworca autobusowego w Katmandu razem z naszym przewodnikiem. Po załadowaniu się do autobusu pamiętającego prawdopodobnie czasy młodości pierwszych zdobywców Everestu ruszamy w stronę Soti Khola. Po upływie mniej więcej pół godziny czekała nas pierwsza atrakcja — bus złapał gumę i musieliśmy odczekać około 40 minut na wymianę koła. Po dokonanej naprawie bus rozpoczął dzielne pokonywanie kolejnych kilometrów po nepalskich bezdrożach. To dobre określenie, bowiem po wyjeździe z Katmandu raczej nie uświadczycie asfaltu. Droga do Soti Khola zajmuje nam prawie cały dzień w przekraczającym 30 stopni upale, zatem warto mieć ze sobą sporo wody (nigdy wcześniej bym nie uwierzył, że przejazd około 150-kilometrowego odcinka może tyle trwać, ale Nepal szybko uczy pokory i kilku innych przydatnych w życiu kompetencji). Ostatecznie późnym popołudniem docieramy do Soti Khola, gdzie nocujemy (a wcześniej próbujemy lokalnego wina z jaglanki) w jednym z kilku guest houseów.
Tu uwaga dotycząca początku trasy: część osób wysiada nieco wcześniej, w Arughat, ale nie polecamy tego rozwiązania, bo oznacza to dodatkowy dzień drogi po dość nudnej i mocno zapylonej drodze. Czasem z kolei, jeśli warunki pozwolą, autobus jedzie do kolejnej wioski, Maccha Khola i właściwe to możemy polecić takie rozwiązanie, gdyż widokowo niewiele tracicie, a oszczędzacie za to jeden dzień i trochę sił.

 
1. dzień wędrówki: Soti Khola — Dobhan (25 km, 7h, wysokość z 650 m na 1070 m)

Pierwszy dzień prawdziwego trekkingu. Wczesna pobudka, plecaki spakowane, pojawia się ten charakterystyczny dreszcz, który towarzyszy każdej wyczekiwanej wyprawie w góry. W końcu ruszamy! Dzień przywitał nas dość wysoką temperaturą, która rosła wraz z kolejnymi pokonywanymi w pyle kilometrami i osiągnęła około 30 stopni. Szlak przebiega głównie lokalną drogą, jest bardzo dobrze widoczny. Cieszy nas praktycznie absolutny brak turystów. Po drodze mijamy głównie kilkoro mieszkańców lokalnych wiosek, nieco pasterzy i muły. Pełno mułów. Ogromne stada upartych mułów, które zmieniają szlak w prawdziwe pole minowe. Jak się później okaże, zwierzęta te będą nam towarzyszyły przez znaczną część trekkingu.
[PROTIP: mijając muły, zawsze należy przechodzić od strony zbocza, trzymać się jak najdalej od krawędzi, gdyż zdarzało się w przeszłości, że zwierzęta te potrafiły przypadkiem (lub nie) strącać nieuważnych trekkerów.] 

Z czasem wchodzimy w teren coraz bardziej przypominający typową dżunglę, z dosyć niewielkimi, gęsto porośniętymi wzniesieniami, aby po 7 godzinach marszu i pokonaniu 25 kilometrów dotrzeć do Dobhan.

2. dzień: Dobhan — Philim (19 km, 6:50 h, wysokość z 1070 m na 1650 m)

Kontynuujemy nasz marsz przez okolice przypominające dżunglę. Droga dość szybko zaczyna wieść przez niezwykle urokliwy wąwóz, kojarzący się bardziej z Azją Południowo-Wschodnią niż Nepalem. Powoli wyłaniają się coraz wyższe wzniesienia, jednak do prawdziwie wysokogórskiego terenu jeszcze nieco brakuje. Pogoda daje się mocno we znaki, na początku kwietnia jest już bardzo gorąco i temperatury przekraczają 30 stopni, przy jednocześnie sporej wilgotności. 

3. dzień: Philim — Bihi Phedi (16 km, 7:30 h, wysokość 1650 m – 2000 m)

Po dwóch dniach trekkingu w okolicach przypominających podzwrotnikowe lasy nabieramy w końcu nieco więcej wysokości. Drzew ubywa, za to w  okolicach zaczyna pojawiać się coraz więcej buddyjskich kamiennych ołtarzy. Tu ciekawostka dotycząca religii w Nepalu: zdecydowana większość mieszkańców to wyznawcy hinduizmu, natomiast im bardziej udajemy się na północ, tym więcej spotkać można buddystów, stąd właśnie zwiększa się zagęszczenie tego typu obiektów. Ze wzrostem wysokości powietrze staje się także nieco bardziej rześkie, a upał mniej dokucza, aczkolwiek wciąż w ciągu dnia temperatura wahała się w przedziale 25-30 stopni. Szlak cały czas jest dobrze widoczny, zatem po południu docieramy bez problemów do bardzo małej wioski Bihi Phedi, jednak i tam znaleźć można kilka Guest House’ów. Tu już nie możemy liczyć na ciepły prysznic, jednak mamy przynajmniej możliwość zamówienia ciepłych posiłków.

4. dzień: Bihi Phedi — Shyo (22,5 km, 9:30 h, wysokość 2000 m – 3000 m)

Jeden z bardziej wymagających pod kątem kondycyjnym etapów. Mamy do przejścia ponad 20 kilometrów i 1000 m wysokości do zdobycia. Widoki jednak w pełni wynagradzają trudy, ponieważ tego dnia w końcu wchodzimy w teren stricte wysokogórski. Przed nami zaczynają piętrzyć się coraz wyższe szczyty. Idziemy pięknie położoną doliną otoczoną przez cztero- i pięciotysięczniki, a w oddali majaczą coraz wyższe wierzchołki. 

5. dzień: Shyo — Samagaon (11 km, 4:45 h, wysokość 3000 m – 3550 m)

Po wymagającym dniu dzisiejszy etap jest znacznie krótszy, to niemalże odprężający spacerek. Ten dzień jest wyjątkowy także z innego powodu. Już kilkadziesiąt minut po wyruszeniu w pełnym majestacie ukazuje nam się Góra Ducha — Manaslu. Szczyt robi niesamowite wrażenie. Jego gigantyczna, skąpana w bieli ściana wyłania się nagle za zakrętem szlaku, wyrasta zdecydowanie nad inne okoliczne wierzchołki. Żadne zdjęcia nie oddają w pełni majestatu i ogromu tej góry, poniżej przedstawiamy kilka ujęć, które dają jakieś pojęcie o widokach, jakie ugościły nas na tym etapie. Zdecydowanie jednak zachęcamy do obejrzenia ich na własne oczy. Od tego dnia widok Manaslu będzie nam towarzyszył codziennie, motywując do dalszej drogi. 

Trekking Himalaje Manaslu
Fot. z archiwum Katii i Adama.

6. dzień: Samagaon — Manaslu Base Camp — Samagaon (16 km, 8 h, wysokość 3550 m – 4450 m)
To jeden z ważniejszych dni pod kątem aklimatyzacji. Po raz pierwszy przekraczamy bowiem wysokość 4000 metrów n.p.m., po czym wracamy na nocleg z powrotem do wioski Samagaon. Kluczowe w tym dniu jest, aby bacznie obserwować reakcje swojego organizmu: czy pojawiają się trudności z oddychaniem i ewentualnie jak bardzo są uciążliwe? Czy mamy ból głowy? Jak bardzo tracimy tempo? Czy poprzednią i najbliższą noc prześpimy dobrze, czy też pojawiają się trudności z zasypianiem? Po przekroczeniu 3 500 metrów zdecydowanie warto też badać saturację, najlepiej przynajmniej 2x na dzień.
Przyjmuje się, że do około 3500 metrów większość ludzi nie powinna odczuwać żadnych skutków ubocznych przebywania na dużych wysokościach, jednak każdy organizm reaguje inaczej i być może wszystkie te kwestie warto mocno obserwować już dzień wcześniej.
Prawdopodobnie na tym etapie wiele osób doświadczy negatywnego wpływu wysokości na organizm, natomiast jest to zupełnie normalne i jest to część procesu aklimatyzacji — po zejściu niżej na nocleg objawy powinny zacząć ustępować. Jeśli natomiast saturacja zacznie spadać w niebezpieczne rejony (poniżej 82%), koniecznie należy jak najszybciej zacząć zejście i przeznaczyć dodatkowy dzień na aklimatyzację.

Co takiego czeka nas z kolei po drodze? 

Adam: Fenomenalne widoki, może nawet najpiękniejsze na całej trasie, nie tylko na samo Manaslu, ale także na inne potężne szczyty, gigantyczne, poprzecinane szczelinami lodowce, czy przepiękne jezioro polodowcowe o turkusowej barwie. W tym miejscu zdecydowanie można poczuć prawdziwy majestat i ogrom Himalajów. Także w tym miejscu dopadły mnie lekkie objawy choroby wysokościowej, zatem ok. 1 km przed base campem musiałem się zatrzymać na podziwianie widoków, a sam opis okolic BC oddaję Katii, która zameldowała się na miejscu. 

Katia: Trekking do Manaslu BC okazał się niesamowicie trudny. Mając porównanie z Everest BC, sądziłam, że tutaj będzie podobnie łatwo. Nic z tych rzeczy. Podejście do BC Manaslu jest długie i dosyć wymagające. Przy dobrej kondycji i brakach objawów choroby bez problemu każdy da sobie radę, trzeba tylko się nastawić, że to będzie długa wędrówka.

Początek trasy pokonujemy bardzo powoli, co chwilę zatrzymując się na zdjęcia, Manaslu tego dnia wygląda obłędnie. Początek jest płaski przez las, potem tylko do góry. Po drodze mijamy turkusowe jezioro, lodowce, im wyżej, tym mniej się chce rozmawiać tylko podziwiać piękno dookoła nas. Co jakiś czas słyszymy oraz widzimy schodzące lawiny. Na szczęście pojawiają się w dużej odległości, aczkolwiek robi to wrażenie i niekiedy przychodzą myśli o własnym bezpieczeństwie. Po jakimś czasie odłączam się od chłopaków, idę sama, zgubić się na szczęście jest trudno. Wejście do obozu bazowego zajmuje mi ok. 4 godzin. Końcówka już bardzo męcząca, chyba jednak bardziej psychicznie. Efekt końcowy jednak wynagradza wszystko. Jeżeli Everest BC, to nic więcej niż kamień z napisem Everest Base Camp, to widok na Manaslu Base Camp pozwala zapomnieć o zmęczeniu, którego przed chwilą doświadczyliśmy. Spędzam w miejscu obozu ok. godziny, czekając na Adama i naszego przewodnika, ostatecznie dociera tam tylko przewodnik, robi kilka zdjęć i schodzimy razem do Adama. Powrót do naszego teahouse dłuży się w nieskończoność, resztkami sił docieramy, zamawiamy ukochany Dal Bhat i nie mamy już sił na żaden niezbędny krok. Kładziemy się spać jeszcze przed ósmą. 


7. dzień: Samagaon — Samdo (8 km, 2:20 h, 3550 m – 3850 m)
Dzień “restowy”. Po wysiłku związanym z wyjściem na blisko 4500 metrów czeka nas tym razem jedynie krótki spacer do kolejnej wioski. Objawy choroby wysokościowej całkowicie ustąpiły po dobrze przespanej nocy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że proces aklimatyzacji przebiega pomyślnie. Odcinek, który mamy do pokonania tego dnia to w głównej mierze płaska dolina (jednak na znacznej już wysokości), która daje odpocząć zmęczonym po wczorajszym dniu mięśniom. Ze względu na to, że dotarliśmy bardzo szybko na miejsce, postanawiamy, że tego dnia zrobimy sobie jeszcze jedno wyjście aklimatyzacyjne. Bierzemy za cel najbliższą górę, która wyrasta tuż nad wioską i udajemy się na wysokość około 4100 – 4200 metrów. Odpoczęliśmy około pół godziny, po czym, ze względu na coraz silniejsze podmuchy wiatru postanowiliśmy schodzić do wioski. Bardzo zalecamy w Samdo wykonać takie wyjście aklimatyzacyjne, gdyż zdecydowanie powinno to pomóc w kolejnych etapach. 


8. dzień: Samdo — Dharamsala (7 km, 3:10 h, 3850 m – 4450 m)
Tego dnia udajemy się znów w krótką, lecz bardzo ważną pod względem aklimatyzacji trasę. Po zaledwie 7 kilometrach docieramy do osady składającej się już w zasadzie jedynie z metalowych baraków. Tu już nie ma miejsca na guest house’y znane z wcześniejszych etapów. Mamy do dyspozycji barak z łóżkami stworzonymi z europalet ustawionych na wyściółce z kamieni. Na całe szczęście działa także barak “restauracyjny” także nawet i tego dnia możemy skorzystać z gotowych posiłków, zamiast przygotowywać wszystko samodzielnie. W tym miejscu zaczynamy już odczuwać zdecydowanie niższą temperaturę, po części za sprawą wiejącego dość silnie wiatru. W nocy temperatura nie przekracza kilku stopni, także w końcu wykorzystujemy nasze puchowe śpiwory, do których zresztą wchodzimy w kurtkach — na tym etapie można poczuć (nomen omen) klimat prawdziwie wysokogórskiej wyprawy. Jeśli w tym dniu nie macie większych objawów choroby wysokościowej, saturacja utrzymuje się na dobrym poziomie i dobrze przespaliście noc, to kolejnego dnia można ruszać na szczytowy punkt trekkingu, czyli przełęcz Larkya La. Jeśli jednak czujecie się gorzej — warto przemyśleć przeznaczenie kolejnego dnia na odpoczynek i dalszą aklimatyzację. 

9. dzień: Dharamsala — Przełęcz Larkya La — Bimthang (23,5 km 10:50 h, 4450 m – 5150 m – 3750 m)

W końcu nadchodzi wielki dzień — do pokonania mamy największą z dotychczasowych odległość na całym treku, największe przewyższenie, przekraczamy wysokość 5 000 metrów, a do tego wszystko to po 8 dniach trekkingu i mając w nogach około 120 km. Kluczowe jest zatem, aby tego dnia wyjść w trasę w dobrej formie. Ze względu na dużą odległość do pokonania, ruszamy bardzo wcześnie, około godziny 4, gdy na zewnątrz jest jeszcze zupełnie ciemno. Przez około godzinę idziemy zatem jedynie w świetle czołówek, lecz potem zaczyna się powoli przejaśniać. Tego dnia poruszamy się zdecydowanie wolniej, a brak tlenu daje się coraz mocniej we znaki: szybko zaczyna brakować tchu, a tempo drastycznie spada. Mimo wszystko (bardzo) powoli posuwamy się w górę i po godzinie 9 docieramy na przełęcz Larkya La.
Najwyższy punkt trekkingu w końcu osiągnięty! Przełęcz jest dosyć szeroka i rozległa, ma swój urok jednak zdecydowanie ciekawiej przedstawiają się okolice Base Campu. Po krótkim pobycie rozpoczyna się mozolne zejście w dół, natomiast z każdym kolejnym krokiem oddech się uspokaja, a sił zaczyna przybywać wraz z rosnącą zawartością tlenu w powietrzu. W końcu po południu docieramy do pięknie położonej wioski Bimthang, gdzie celebrujemy sukces za sprawą przyrządzonej przez Katię w aeropresie kawy. To była naprawdę najlepsza kawa, jaką w życiu piłem.

10. dzień: Bimthang — Dharapani (25 km, 7:30 h, 3750 m – 1900m)

Ostatni dzień trekkingu to 25-cio kilometrowe zejście do Dharapani, podczas którego mamy okazję doświadczyć niesamowitej przyrody Nepalu. Zaczynamy dzień od terenów wysokogórskich, ze wspaniałym widokiem na Manaslu o poranku. Żegnamy się z Górą Ducha i zaczynamy szybkie zejście. Po około 2 godzinach docieramy do strefy porośniętej wspaniałym lasem, widzimy kwitnące rododendrony i budzącą się do życia po zimie przyrodę. Jeszcze dzień wcześniej przebywaliśmy w mało przyjaznej dla człowieka, zimnej, pełnej lodowców, kamieni i ostrych, wysokich grani krainie, by po 24 godzinach znaleźć się w miejscu jakby z baśni — ciepłym, pełnym życia, odgłosów ptaków i tej niesamowitej, soczystej zieleni, jaka pojawia się tylko na wiosnę. Widoki podczas tej trasy zapierały dech nie mniej niż pozbawiona tlenu przełęcz w otoczeniu skalnych gigantów.

Z Dharapani łapiemy kolejnego dnia najpierw jeepa i po około 2 godzinach prawdziwie offroadowej jazdy docieramy do Beshisahar, skąd łapiemy autobus i w ten sposób po całym dniu jazdy w ogromnym upale docieramy wieczorem do Kathmandu.

Przejście wokół Manaslu — podsumowanie

Trekking dookoła Manaslu to wspaniały pomysł na pierwszy kontakt z Himalajami. Podczas wędrówki można doświadczyć niesamowitych walorów nepalskiej przyrody, zasmakować lokalnej kuchni (koniecznie spróbujcie 2 sztandarowych dań, czyli Dal Bhat i Momo, doprawionych obficie lokalnie wytwarzaną green curry), poznać wspaniałą, zupełnie inną od europejskiej kulturę, spotkać wspaniałych ludzi, zmierzyć się z poważną wysokością i oczywiście zobaczyć na własne oczy jedną z najwyższych, a także najbardziej charakterystycznych gór świata. Wyjazd na własną rękę pozwala zdecydowanie bardziej zanurzyć się w lokalnej kulturze, poznać więcej i doświadczyć mocniej niż klasyczne wyjazdy z agencjami czy biurami podróży. Na ile jednak nas to ubogaci i zmieni? To zależy już tylko od nas. Nie bójcie się jednak spełniać swych marzeń, nawet tych najbardziej szalonych. My zaryzykowaliśmy i po stokroć się opłaciło!

Współpraca: Ekaterina Fetisova

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry